środa, 17 sierpnia 2022

Szaleństwa zimnego lata, wnioski i przemyślenia, cz. 1.



A oto nasze nieliczne wyprawy łodzią po Bjørnafjorden. Nazwa naszej gminy pochodzi od nazwy tego fiordu. A teraz do sedna.

To było najzimnijesze lato od ponad dekady. Nie piszę tego dlatego, że sprawdzałam co na to meteorolodzy. Po prostu ludzie, którzy tu mieszkają od ponad dziesięciu lat nie pamiętają tak zimnego i deszczowego lata. Cała Europa i reszta świata się gotuje, my marzniemy. Nawet w Australii, gdzie jak wiadomo teraz jest zima, mają cieplej niż my. Patrzę na aplikację pogodową i porównuję. Śmiać się czy płakać? Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Pod koniec lata wyruszam w ciepłe kraje. 

A tymczasem ...

Dwanaście stopni i deszcz, ktoś chyba zaczarował termometry, bo ta przeklęta temperatura nie zmienia się wcale. Czasem drgnie nagle i szybuje z zawrotną prędkością w kierunku piętnastki, człowiek zaczyna mieć nadzieję. Na jeden dzień lub dwa robi się cieplej i znowu dwanaście i wieje strasznie.  Lato w tym roku było w środę. Nie pamiętam która to środa ale to chyba było w lipcu. Liscie już od miesiąca spadają z drzew.


A ja? Nie uwierzycie. Sadzę pomidory i ziemniaki :) Sałaty i rzodkiewki. Koper mogłabym na straganie sprzedawać. Na przekór wszystkiemu. Skąd taki szalony pomysł? To długa historia, którą postanowiłam Wam skrzętnie przemilczeć i nigdy nie opowiedzieć. Ale jak sami wiecie, milczeć długo nie potrafię.

Więc.

Zaczęło się pięknie i obiecująco. Ciepły marzec, kwiecień, maj. Kupiliśmy w ogrodniczym sadzonki pomidorów, papryk i truskawki o pięknej nazwie Korona. Ale dziś będzie o ziemniakach.

Właściwie tytuł tego posta powinien brzmieć: "Sadź ziemniaki, rebeliancie! "

Jak zapewne wiecie z amerykańskich filmów, ziemniaki można sadzić wszędzie, nawet na Marsie. 

Zostało mi trochę ziemi i obornika krowiego. Cztery pojemniki i cztery pomarszczone zapomniane ziemniaki w szafie. I posadziłam te ziemniaki na spontanie. To chyba była najlepsza decyzja tego lata. To, co potem się z nimi stało zmieniło całkowicie nasze plany aranżacji ogrodu. 

Patrzcie i podziwiajcie:





Pierwsze zdjęie to około dwutygodniowe ziemniaki, a to drugie to ziemniaki dwumiesięczne. Te duże posadziłam w połowie czerwca, a te małe teraz niedawno, bo mi się brzydkie zrobiły i wykiełkowały. I tak posadziłam cztery pierwsze późno. Normalnie, jeśli ktoś planuje sadzić, powinien zainteresować się tematem w maju. Ale jak wyżej wspomniałam, to był spontan. Na początku sadzi się płytko, a jak ziemniak wypuści łodygę to dosypuje się ziemi i to wszystko.

W ziemniakach najpiękniejsze jest to, że jeśli raz na jakiś czas pada, to są praktycznie bezobsługowe. Ja nie robię przy nich kompletnie nic. Mogłabym wyruszyć w podróż dookoła świata, a one poradziłyby sobie beze mnie. To nie to, co pomidory, które trzeba przycinać i doglądać co dwa, czy trzy dni.  

Ziemniaki kosztują u nas conajmniej 30 koron za kilogram, i to trzeba się naszukać żeby tak tanio kupić. Czyli na polskie to jest 15 złotych za kilo. Jeszcze rok temu dało się kupić w promocji za 9 koron. Normalna cena to było około 20 koron. 

Teraz trochę matematyki. Jeśli ziemniaki się wybulwią i z jednego ziemniaka będę mieć dziesięć, to z czterech ziemniaków będę mieć około 40 sztuk.  Ile pieniędzy zaoszczędzę?  Nawet gdyby były marne i potrzebowałabym aż dziesięciu sztuk, żeby wyszedł mi kilogram, to być może będę mieć cztery kilo ziemniaków z tych czterech sztuk. 30 razy cztery to jest 120 koron. Przy założeniu że ziemniaki nadal będą tyle kosztować jesienią i zimą.

Czyli: były sobie cztery brzydkie ziemniaki w szafie, które możnaby ewentualnie zjeść ale raczej nadawały się w kosz. Ziemia, gdybym nawet kupiła ją specjalnie do tych ziemniaków i obornik, kosztowałyby mnie około 40, może 50 koron razem. Gdyby nawet odjąć te 50 koron, to i tak jest zysk. Zysk w postaci swojego ekologicznego jedzenia i gotówki, którą wydam na co innego, niż ziemniaki.

A co by było gdyby posadzić nie cztery, a sto ziemniaków? Mielibyśmy być może ziemniaki na cały rok. Jeśli uda mi się w tym brzydkim zimnym roku, to i za rok uda się wyhodować ziemniaki. 

Dlaczego sadzę je w pojemnikach? To jest kluczowe pytanie. Otóż w pojemnikach jest im cieplej, bo są ciemne i nagrzewają się szybciej niż gleba. Oczywiście muszą być dziurki na dole pojemnika, żeby był dobry drenaż. Druga sprawa, że wykarczowaliśmy dużą część skarpy, na której chcemy uprawiać je tarasowo. Bo zbocze jest nieużytkowe, a jednak nasłonecznione. A łodygi i liście ziemniaków wcale nie wyglądają żle. Nie pogardzonoby nimi nawet na francuskim dworze. Kto z Was wiedział, że były kiedyś uważane za rośliny ozdobne i jako takie uprawiane?

A teraz logistyka. Jak to zrobić, żeby nie wydać kasy. Pojemniki może dostać mąż z pracy. Są to  używane karnistry po wodzie zmieszanej z bezzapachowym mydłem do rąk. Wystarczy przeciąć i wiertłem porobić dziury na dnie. Ziemię można kupić. Ale my przygotowujemy się do następnego sezonu, produkując swój własny kompost. Mamy specjalny kompostownik na kompost ciepły i zimny. Czyli będziemy mogli użyć jakiejkolwiek ziemi i zmieszać ją ze swoim kompostem. Teraz kwestia ziemniaków. Można kupić z marketu ale pojecałabym zawsze odmiany rodzime. Albo kupić sadzeniaki od rolnika. Będzie więc tanio. 

Tak sobie myślę, że każdy z Was mógłby sadzić sobie ziemniaki, czy w glebie, czy w pojemnikach. Jeśli nie u siebie, bo mieszkacie w bloku, to na działce, u babci na wsi, gdziekolwiek. Bo wymagają pracy tylko na początku. Zysk i frajda mogą być ogromne, jeśli tylko się uda. A jeśli się nie uda, to zawsze będziecie bogatsi o wiedzę i nowe doświadczenie życiowe. 

Powinam więc zakończyć ten artykuł tak: choćby świat staczał się na krawędź szaleńswa i inflacyjnej rozpaczy, Ty Rebeliancie, sadź ziemniaki. Nie buduj sobie bunkrów z zapasami cukru na dziesięć lat, tylko spróbuj wprowadzić do swojego życia odrobinę samowystarczalności żywieniowej. To, co możesz wyprodukuj sobie sam, a kup to, czego sobie wyprodukować nie możesz. Amen.

wtorek, 5 lipca 2022

Jak przygotować się na sezon kleszczowy w ogrodzie lub na działce?

 W związku z moim filmikiem na Youtube na temat kleszczy zamieszczam w tym krótkim poście dwie porady ogrodnicze. 


Moja droga do kompostu. Zdjęcie wykonane lipcową nocą :)

Jak przygotować podwórko lub działkę na nadejście kleszczy? Moja pierwsza metoda to koszenie trawy na ścieżkach. Dlaczego tylko na ścieżkach? Można wykosić sobie wszystko na zapałkę. Ale wtedy nie będzie kwietnych łąk, motyli, pszczól i innych zapylaczy. A my potrzebujemy ich wszystkich. Bo mamy ogród naturalistyczny oraz uprawy zapylane naturalnie. Taki ogród z kwietnymi łąkami i wysoką trawą i krzewami to właśnie to, co lubią kleszcze. Wtedy trzeba wydzielić sobie ścieżki i skosić je szeroko, żeby chodząc po ogrodzie mieć jak najmniej kontaktu z zaroślami. Popatrzcie jak to u mnie wygląda. Wykoszone podkaszarką żyłkową, gdyż kosiarka zwykła pod taką górę i skały u nas nie zajeżdża.  A krótka trawa działa doskonale. Nie ma na niej kleszczy.









Następna sprawa to naturalne odstraszanie kleszczy poprzez sadzenie roślin. Moim wyborem numer jeden jest kocimiętka z gatunku nepeta faassenii. Na temat jej zalet mogłabym pisać poematy. Ale najpierw wady: u nas w Norwegii jest droższa od lawendy. Serio, i to dwa razy droższa. Takie małe krzaczki nieboraczki kosztują dwa razy tyle, co wielka, piękna i pachnąca Królowa Lata.

Ale zalet ma bez liku. Nie przyciąga i nie odurza kotów. Przyjmuje się praktycznie w każdej glebie. Jest byliną wieloletnią, praktycznie nie wymagającą pracy. Rozrasta się i doskonale się ją rozsadza, oszczędzając przy tym pieniądze, bo po co dokupować, skoro można szpadel wbić, wykopać część i wsadzić w nowe miejsce. I jeszcze jedno. Przetrwała szkwał, siekący deszcz, zimno, upał, wszystko. Nie zmarnował mi się ani jeden krzak. Wsadziłam do takiej gleby jaką miałam, a mam kwaśne gleby. Podobno przyjmie się i uchowa praktycznie w każdej glebie. I najważniejsze: kwitnie od maja aż do mrozów i w tym czasie odstrasza kleszcze. Czekam i będę sprawdzać, czy to prawda.


Kupiłam niedawno i posadziłam. Mam milion piękniejszych kwiatów w moim ogrodzie ale ta jest najbardziej drogocenna. Jak widać uroda to nie wszystko :) No dobra, wale nie jest brzydka. 

Za jakiś czas będę chciała mieć ścieżki wyłożone nepetą z obu stron. Będę musiała poczekać aż mi się rozrosną i rozmnożyć je. Oby okazała się warta swojej ceny i broniła nas przed kleszczami. 

środa, 18 maja 2022

Hotel dla owadów oraz inne przygody niecierpliwej ogrodniczki


Oficjalna, w miarę ładna część podwórka :)





 A więc zaczęło się ogrodowe szaleństwo na naszym pierwszym własnym podwórku. 

Im więcej słońca, tym chętniej rozglądamy się dookoła domu i myślimy, co by tutaj zasadzić. Szklarnię foliową po pierwszym wietrzyku trafił szlag. Czekamy na drugą. A przymrozek jeszcze może nadejść. Czekają zatem na tunel foliowy pomidory, papryka i inne sadzonki w piwnicy, pod dużymi oknami. W ciepłe dni wynoszę moje warzywne rozsady na podwórko, żeby złapały trochę słońca. Uff jak plecy bolą od tego. Ale przecież nie będę hodować pomidorów w piwnicy....

                                                  Tak było i się skończyło. W jeden dzień. 

No i żeby może coś chociaż truskawki zapyliło. Jakieś trzmiele? Dzikie pszczoły? A że pszczoły giną, to już wiemy. Einstein powiedział i wszyscy już powiedzieli, że jak pszczoły wyginą, to i my wyginiemy. Ale jest taka szlachetna opcja wyratowania tych biednych pszczół. Można stworzyć im przyjazny ekosystem, a przy tym mieć swoje truskawki.

W sklepie ogrodniczym zakupiliśmy więc domek dla owadów. No całkiem ładny jest, a i owady gdzieś mieszkać przecież muszą. Nazywa się to u nas hotelem dla owadów. Skoro sezon hotelowy czas zacząć, to zrobimy wszystko tak, żeby było zgodnie z hotelowymi normami. Po pierwsze, umiejscowienie i widok z hotelu. Koło łączki, przy ścianie tarasu, w nasłonecznionym miejscu.

Tu w tych dziurkach mają zaklejać sobie wejścia nocujące owady



Jak już jesteśmy przy łączce, to powiedzmy sobie szczerze, chcemy ratować te pszczoły czy nie?  Będziemy się ograniczać do jednego kwiatu miododajnego? A niech mają hektar łąki! I zobowiązujemy się nie kosić dopóki, doputy ostatni kwiat nie zwiędnie. Mniszki lekarskie, żonkile i zawilce. Jakieś niezidentyfikowane niebieskie kwiatki i chabazie, rododendrony sztuk trzy oraz kwitnący bez. I żeby nie było, że jesteśmy leniwi. To się nazywa ogród naturalistyczny i jest najmodnieszy teraz. Wy wszyscy, którzy macie samojezdne drogie kosiarki i trawę na 12 centymetrów uczcie się, jak ratować świat i pszczoły.




Po drugie bufet.

Zasadziliśmy kwiaty miododajne, specjalną mieszankę z ogrodniczego. Teraz poidełko. Musi być woda dostępna cały czas. Ale powiedzmy sobie szczerze, czy będziemy się ograniczać do jakiegoś naparsteczka wody w nakrętce od słoika? Niech mają naturalną sadzawkę, prawdziwą, nie sztuczną. Całą dla nich do dyspozycji, z wodą z wolna tylko płynącą. Mieliśmy uregulować ale co tam! Niech mają prawdziwe naturalne mini zakola rzeczne i baseniki z wodą. Wśród naturalnej roślinnosci bagiennej!


Chodzę codziennie i zaglądam, czy któraś dziurka zaklejona jest gliną, trawą czy czymś. Pusto. Jeden tydzień, drugi i nic. Zadzwonił kolega i opowiada, że też mają domek i u nich coś już mieszka. 

Nie, wcale nie jestem zazdrosna. Oburzona jestem. Tym pszczołom chyba się od tego ich ratowania w głowach, i nie tylko w głowach poprzewracało. 

Tamci mają malutką szklarenkę z paroma rozsadami, jakiegoś kwiatka, może dwa w doniczce. I kostkę brukową na całym podwórku. Która graniczy bezpośrednio z asfaltem ulicy. I do nich przyleciały owady do domku. Po prostu brak słów. 

Chodzę zdenerwowana po podwórku, Jedna kupa, druga kupa, te sarny urządziły sobie u nas prywatną toaletę. Czekam na kompostownik, bo zamówiłam. Trzeba będzie to zbierać i gdzieś utylizować. Góra badyli czeka na przerobienie na zrębki. Czeka już miesiąc i będzie czekać na tani prąd oraz dużo wolnego czasu właścicieli. Tam w tej górze coś chyba się dzieje.

I wtedy naszła mnie pewna niewygodna myśl, która zaczęła uwierać, jak kamień w bucie. 

To tam w tych badylach słychać brzęk much, ważek i innych owadów. To tam pająki tkają swoje sieci i skaczą po pobliskiej sadzawce. To tam są ptaki, które polują na te wszystkie owady. Kupy saren i gałęzie. Esencja i centrum ogrodowego życia. 

Nie ta oficjalna, ucywilizowana część ogrodu, gdzie robi się zdjęcia i wysyła innym, żeby zazdraszczali. 

Ale domek ładny, dizajnerski i modny. Niech więc wisi. W końcu rododendrony dookoła niego jeszcze nie zakwitły, a domek jest przecież nowy :)

poniedziałek, 16 maja 2022

Bawialnia w domu, czyli luksus bez wydawania pieniędzy


 Dawno, dawno temu, w bogatych polskich domach dzieci miały sypialię i bawialnię, jako dwa osobne pomieszczenia. Bardzo mi się podoba ta stara idea.

Od początku chciałam rozdzielić strefę spania i bawienia się dzieci. I uważałam, że skoro mam wielki dom, to będę sobie taką fanaberię w nim tworzyć. Sypialnia i bawialnia, a co! Przeszukałam internet w poszukiwaniu inspiracji do bawialni. 

Pierwsze zaskoczenie: zgadnijcie, które dzieci w Polsce mają taki luksus, jak osobna bawialnia? Otóż według tego, co widać w internecie, najwięcej dzieci ma bawialnię w blokach. Rodzice mają kilkoro dzieci i dwa pokoje dla nich, więc jeden staje się sypialnią lub też strefą odrabiania lekcji, czytania i jest to strefa cicha. Druga strefa to małpi gaj.

Kolejne zaskoczenie: a właściwie braz zaskoczenia. W tych wszystkich bawialniach z internetu, czy to z zagranicy, czy rodzimych, nie zaskoczyło mnie nic. Nie znalazłam tam nic takiego, co powaliłoby mnie na kolana. 

Potem zastanawialiśmy się z mężem gdzie owa bawialnia miałaby być. Napierw koło ich sypialni, bo blisko, bo to takie naturalne. Potem okazało się, że pokój ten jest chłodniejszy, ma jedynie 12 metrów kwadratowych, czyli dokładnie tyle ile ich sypialnia. I jest bardzo banalny. Trudno byłoby tam stworzyć efekt wow.

Wybór padł na poddasze. Bo jest tam zawsze ciepło, ze względu na unoszenie się nagrzanego powietrza z dołu. Bo jest to duża powierzchnia, którą normalnie bardzo trudno jest sensownie zagospodarować. Bo ma skosy i zakamarki, czyli coś, co dzieci lubią. Bo ma osobną łazienkę z niską toaletą i balkon z wysoką balustradą. 

Z resztą chodźcie na górę, sami zobaczcie. Uprzedzam, że nie sprzątałam. :)

 


Jedyną rzeczą, którą kupiliśmy, jest kanapa


Balkon dzieci


Po lewej biuro a po prawej toaleta dziewczyn


Stary monitor i stary laptop do bajek na YouTube


W ciepłe dni materac wyjeżdża na zewnątrz


Tu mieszkają węże, Psi patrol i inne cudaki


Skakanie po kanapie i turlanie się po materacu wewnątrz lub na zewnątrz? Czemu nie?


Kto z Was miał prywatną toaletę koło bawialni? Ja nigdy :)


Krzesło robi za drabinkę


Nie ma biurek i stolików, bo dzieci rysują pod moim nadzorem na dole. Nie ma dywanów, zamiast tego jest stary gruby materac. A w sypialni dzieci mają łóżka, kolorowe lampki i namiot na pluszaki. Do spania biorą sobie pluszaki z namiotu stojącego obok ich lóżek. Wszysko co tu jest, jest z poprzedniego domu. Nie meblowaliśmy bawialni od zera, tylko użyliśmy tego, co mieliśmy. Poddasze ma około 17 metrów, bez balkonu, biura i toalety, także jest gdzie szaleć.

Jakie są zalety bawialni? Kiedy dzieci pójdą do łóżek, zabieram wszystko, co leży na podłodze w salonie, na kanapie i transportuję na górę. Mamy zawsze porządek wieczorem. Salon jest wtedy nasz i staje się strefą dla rodziców. Telewizor, bajki na górze to też złoto. Wiadomo, że dzieci chcą być tam, gdzie rodzice i znoszą swą graciarnię do salonu, do kuchni, na korytrze. Ale prościej jest posprzątać, kiedy pomieszczenie na zabawki jest osobnym pomieszczeniem i jest to pomieszczenie, którego się nie oglada co chwilę. Można tam wrzucić zabawki i wyjść. 

Kanapa na poddaszu służy nam do czytania bajek. Mogę usiąść z dziewczynami po obu stronach i czytamy. Mebel ten rozkłada się, więc można się wygodnie na nim położyć, co dziewczyny też czasem praktykują. 

Nie wiem, czy zauważyliście ale w tej bawialni nie ma żadnych ozdób. Planujemy zawiesić obrazki dziewczyn, jak będą potrafiły narysować coś sensownego. 

Jesteśmy zadowoleni, że zmieniliśmy plany i pokój obok dziewczyn został urządzony jako pokój gościnny, a kiedyś dziewczyny będą mogły mieć osobne pokoje obok siebie. Jak sami widzicie, dizajn jest bardzo skromny. Dzieci nie potrzebują niewiadomo czego. Ważne żeby miały swoją przestrzeń, a zabawki różnorodne. Wcale nie musi być tego dużo. 

A Wy? Zrobilibyście dzieciom bawialnię?

środa, 6 kwietnia 2022

Czy powinniśmy być przygotowani na sytuacje kryzysowe?

 


Wiem, że znajdą się tacy, co zarzucą mi straszenie wojną czy zarazą oraz sianie paniki. Na wstępie chciałabym więc powiedzieć o czym będzie ten post. Będzie to refleksja na temat tego, co kilka razy wydarzyło się nam w samym środku zimy. Post, który miałam napisać już wcześniej ale tego nie zrobiłam. Chodzi o sytuacje kryzysowe. Mają one miejsce na przykład wtedy, kiedy z jakiegoś powodu Twój dom nie funkcjonuje tak, jak zazwyczaj, bo wydarzyło się coś nieoczekiwanego czy coś się zepsuło.

Wyobraź sobie kilka różnych scenariuszy. 

Napadało dużo śniegu, chcesz jechać na zakupy ale nie możesz wyjechać samochodem, bo drogi są nieodśnieżone i jest nawałnica. Nie wiadomo kiedy będziesz mógł pojechać po jedzenie.

Samochód nagle się zepsuł. 

Jesteś w domu sam i skręciłeś sobie kostkę. Nie możesz pojechać odebrać dzieci ze szkoły ani na zakupy. 

Dostajesz wiadomość że przez dwa dni nie będziesz mieć prądu. 

Albo dostajesz informacje że do wody w sieci dostały się niebezpieczne bakterie i woda jest niezdatna do picia. 

Na drogę spadło wielkie drzewo i droga jest nieprzejezdna.

Sam widzisz, że nie potrzeba apokalipsy, żeby życie nagle wywróciło się do góry nogami. 

A teraz wyobraź sobie, że mieszkasz w górskim klimacie, ze sztormami i w miejscu, do którego prowadzi jedna droga przez wąski most. I jest zima. I masz wszystko na prąd. Ogrzewanie, pompa do wody ze studni, oświetlenie, gotowanie i wszystko w kuchni, łącznie z płytą indukcyjną jest na prąd. I nie ma prądu do odwołania, bo gdzieś wiatr zwalił drzewo na kable z prądem. Albo stało się to w kilku miejscach na raz. Dostajesz sms od gminy, że dziś, za godzinę wyłączą prąd w związku z naprawami linii elektrycznej. 

Jest zima. Ciemno jest przez większość dnia. Póki widno, idziesz po drzewo do kominka. Będziemy siedzieć w salonie. Jest weekend, więc samochodów, które też są na prąd, nie będziesz używać i tak. Pojedziesz tylko do sklepu po świeczki, zapałki i latarkę, chrupkie pieczywo. Sprawdzasz leki i artykuły higieniczne, np. pieluchy, czy masz zapas. Woda w butelkach, dziewięć litrów na każdego domownika. Baterie, zapas opcji obiadów na kilka dni. W sklepie dowiadujesz się, że nie ma już papieru toaletowego, wody i świeczek. Nie ma nigdzie kuchenek turystycznych do gotowana na gaz, bo jest to towar sezonowy, pojawia się w sezonie grillowania, a nie zimą. Możesz zamówić z Internetu, dostawa za tydzień. 

Nie masz agregatu, pompa do wody nie działa. Nabierasz do wiaderek i wanny wodę, żeby móc spłukać po sobie w toalecie i umyć ręce, gdy odetną prąd. I tak siedzisz i myślisz, co jeszcze możesz zrobić. Sprawdzasz, ile masz ciepłych koców. Żeby coś zapisać nie używasz aplikacji w telefonie, by zaoszczędzić na baterii. Szukasz więc kartek i długopisów. Telefony ładujesz na full.

A można było zorganizować się wcześniej. Można było kupić powerbank do ładowania telefonów, kuchenkę z małymi butlami gazowymi, może agregat prądotwórczy. Wodę można było kupić wcześniej i świeczki. To są rzeczy, które mogą stać przez lata w komórce, w piwnicy. Radio na baterię, takie jak mieliśmy w dzieciństwie, to też byłoby coś. W końcu, jak szlak trafi i prąd i wodę i Internet, to wszelkie informacje będą dostępne przez radio. Już zaczynamy myśleć w kategoriach zbliżającej się katastrofy humanitarnej, kiedy pyk! wrócił prąd. 

Ale sąsiednie wyspy nie miały prądu przez trzy dni. Teraz wyobraź sobie trzy dni w zimnie, bez wody, bez możliwości ugotowania i podgrzania sobie czegokolwiek. I mrok i szalejący sztorm. I wyobraźcie sobie, że nikt się nie skarżył. Nikt nie umarł, nie było rannych. Nie było nawet mowy w gazetach o tym. Świat nie zwrócił nawet na to uwagi. 

Bo Norwegowie mają długą tradycje szykowania się na takie kryzysowe sytuacje. Im dalej od sieci sklepów, komunikacji miejskiej, tym bardziej świadomi jesteśmy, że nic na świecie nie jest stałe. Odkąd pamiętam, dostawaliśmy raz do roku od gminy ulotki z opisem tego, co powinniśmy mieć w domu. Oprócz rzeczy, trzeba pamiętać, że w kryzysie potrzebujesz sieci kontaktów sąsiedzkich, znajomości ludzi wokół Ciebie. 

Czy powinniśmy być przygotowani na sytuacje kryzysowe? Tak, ale bez przesady. Każdy z nas ma w domu jakieś jedzenie, ciepłe ubrania. Należy mieć wodę, baterie, świeczki, latarkę, zapasowy gaz czy kuchenkę na gaz, jeśli masz indukcję. Powinniśmy mieć zawsze dostęp do alternatywnego żródła ogrzewania i pamiętajmy, żeby dobrze żyć z sąsiadami. 

My w tym roku będziemy już lepiej zorganizowani. A Wy?

piątek, 21 stycznia 2022

Na wyspie obfitości

 

Takie tam zza krzaków koło mnie

Pierwszy miesiąc w naszym nowym, starym domu za nami. Dom jest z 1967 roku. Rok wcześniej wybudowano most, który prowadzi na wyspę. Most jest wiszący, co oznacza, że kiedy bardzo wieje, trzeba mocno trzymać kierownicę i jechać środkiem. I jest mega wąski. Ale już raz udało mi się minąć z innym samochodem, chociaż mąż się śmiał, że składałam lusterka :) Zaraz za mostem zaczyna się dzicz :)



Wyspa, na której mieszkamy nazywa się Strøno. Jest największą wyspą w naszej nowej gminie, do której się przeprowadziliśmy. Nawet najstarsi jej mieszkańcy nie wiedzieliby skąd i od czego pochodzi jej nazwa, gdyby nie kroniki w bibliotece miejskiej na stałym lądzie. 

A w kronikach napisano różne ciekawe rzeczy. Nazwa pochodzi ze staronordyckiego języka, i oznacza miejsce w którym coś zdobędziesz, czy też wygrasz. Nie chodzi tu o wygraną na loterii, lecz możliwość upolowania dzikiego zwierza w gęstych lasach lub złowienia dużej ilości ryb w wodach dookoła wyspy. 

Coś w tym chyba jest, bo i archeologowie nie wracają z wyspy z pustymi rękami. Znaleźli w 1916 roku przyrządy do wędkowania z epoki lodowcowej, co oznacza, że na wyspę przypływali tu oraz mieszkali ludzie już w paleolicie. Znaleziono sprzęt łowiecki z czasów późniejszych, ruiny domów, a i dwa groby wikingów też tu rozkopali. Jeden w naszej osadzie, na północno wschodniej części wyspy, a drugi w osadzie południowej, gdzie tak jak dawniej, tak i dziś mieszkają ludzie. Ciekawa jestem, czy będą kopać dalej, bo przecież nie możliwe jest, że na tej wyspie mieszkało i zostało pochowanych tylko dwoje ludzi :) 

Dziś nadal są tu wspaniałe łowiska, ludzie łowią tu ryby od zawsze. A gdyby zajechać dalej, wąską drogą na południe wyspy, spotkacie być może ludzi ze strzelbami. To lokalni myśliwi.

W Internecie cisza na ten temat. Oprócz informacji turystycznych nie znajdziecie o tym nic, w żadnym języku, zapewniam Was. No i nie ma nic o tym, gdzie ci wikingowie leżeli, niestety :(. 

 Taka niepozorna wysepka, coś ponad pięciuset mieszkańców, same lasy i nic więcej. Sklepu nie ma, lampy przy drogach z rzadka, ruch drogowy minimalny. Tylko obok szkoły porządne oświetlenie jest i chodnik, ... i dobrze, że chociaż tam. Gmina nie inwestowała za bardzo w infrastrukturę wyspy, bo upatrzyła ją sobie jako turystyczną destynację. Zgadnijcie zatem, kto finansował lampy uliczne!

W ramach zagadki miejscowy żart lokalny:

"Siedzi mężczyzna na kacu w niedzielę w domu, przy kawie. Łapie się za bolącą głowę i mówi: no nie, nie mam zdrowia na więcej lamp ulicznych."

Tak, to z wpływów z miejscowego baru finansowano część wydatków na lampy :)

Ale nie myślcie sobie, że Strøno to całkowite odludzie. Jest to miejsce niezwykle popularne wśród miejscowych turystów, to znaczy wśród mieszkańców Bergen i Os oraz okolicy. Lokalsi się trochę denerwują, że gmina inwestuje w turystykę a nie w rozbudowę infrastruktury dla mieszkańców. Parking w lesie jest tak wielki, że dla turystów jest więcej miejsc parkingowych, niż wszyscy mieszkańcy razem wzięci mają dla siebie na swoich podwórkach. No ale ... jak by nie patrzeć, wyspa jest ładna. 

Przeprowadziliśmy się tu zimą, więc wieje ... jak to na wyspie. Wokół mnie domy z wielkimi podwórzami, łąki, skały, morze. Mam nadzieję, że i owce wrócą na łąkę u sąsiadów i będziemy je mogli z okna oglądać, tak jak wtedy, gdy zobaczyliśmy ten dom pierwszy raz. Czekam na wiosnę, na lato, żeby zobaczyć wyspę w pełnej krasie. A tymczasem, wrzucam Wam parę fotek, wygrzebanych z zakamarków galerii telefonu. 

Tu zdjęcia z października, kiedy przyjechaliśmy tu na zwiady, zobaczyć co to za odludzie.





A że jesteśmy fanami odludzia, zakochaliśmy się. Grzyby w lesie w pażdzierniku. Jagody też były, serio. Wierzcie lub nie ale u mnie na podwórku jeszcze w listopadzie były grzyby. Teraz grudzień i pierwszy w roku przymrozek:




To droga od domu na wybrzeże. Chociaż ja tam wolę przez krzaki. Stamtąd mam fajny widok z góry. Tak samo z salonu. Między wysepkami kręcą się całkiem pokaźne kutry rybackie, statki transportujące towary oraz wielkie promy. Oglądam je codziennie pijąc kawę. Okazuje się, że tu koło nas mają drogę na skróty z północy na południe, a nie muszą wypływać na pełne morze, gdzie wieje niemiłosiernie i fale wysokie są. Tak ogólnie ... to dopiero się rozglądamy. Jeszcze te sześć kilometrów kwadratowych skały i lasu nieraz nas czymś zaskoczy, zapewne. 

A tymczasem remonty, demolka i kartony po dach w naszych skromnych progach. 

wtorek, 16 listopada 2021

Znowu przeprowadzka






Przed nami przygoda - kolejna przeprowadzka. Tradycją stało się już przeprowadzanie się co dwa lata. I mimo, iż z przeprowadzek mogłabym doktorat robić, to może czas zerwać z taką tradycją :). A to dlatego, że mamy ku temu dobry powód.

Otóż kupiliśmy sobie duży jednorodzinny dom. Na wyspie! Na Zadupiu przez duże Zet.

Już od dawna planowaliśmy kupić dom. Chodziło nam o taki wolnostojący jednorodzinny, z wieloma możliwościami. Dopiero gdy wiedzieliśmy, że bank da nam kredyt, zaczęliśmy szukać odpowiedniej lokalizacji. Gdy dowiedzieliśmy się od banku, w jakim zakresie cenowym możemy szukać, byliśmy już dużo bliżej celu. Oznaczało to wczytywanie się w raporty stanu technicznego konkretnych domów, objazdy po okolicy i rozeznanie w terenie. Czy jest blisko do szkoły, przedszkola, gdzie sklep, gdzie przystanek i tak dalej. To były długie dyskusje wieczorami, siedzenie przy laptopie godzinami. I zaglądanie co chwilę na pewien czerwony dom. 

Visning

Nie, już za późno. Ktoś już był na prezentacji i zaraz da ofertę kupna. Postanowiłam ten dom jednak pokazać doradcy finansowemu, który nam kredyt załatwiał. Zadzwonił on do banku i spytał, czy bank akceptuje ten dom. Cóż z tego, że bank dzień później zaakceptował dom, skoro oficjalne oglądanie domu odbyło się w dniu, w którym dostaliśmy kredyt. Poczułam się tak, jakbyśmy spóźnili się o jeden dzień lub dwa. Ale trzeba przyznać, że doradca sprawił się na medal. Jeszcze zanim nasz bank zaakceptował dom, doradca zadzwonił do maklera który ten dom sprzedawał. Spytał, czy padła oferta kupna, bo jeśli nie, to są jeszcze inni chętni, że być może warto poczekać.

Oferta, przynajmniej oficjalnie, nie padła. Pojechaliśmy oglądać dom. Był to nasz pierwszy w życiu visning, czyli prezentacja domu na sprzedaż. Dom okazał się ładniejszy i bardziej imponujący niż na zdjęciach. I dużo bardziej urokliwy, z charakterem, którego zdjęcia nie oddadzą. Następnego dnia postanowiliśmy złożyć naszą ofertę kupna. Makler był bardzo zadowolony z ceny. Wydawało się nam wtedy, że chata jest nasza.

Osiemnaście minut

Okazało się następnego dnia, że inne małżeństwo ruszyło do boju i zaproponowało wyższą cenę. Najbardziej zdenerwowało mnie w tym to, że dali bardzo krótki termin do zaakceptowania oferty właścicielowi domu oraz ewentualnym innym chętnym, którzy chcieliby podbić cenę. 

W mojej pracy nie mogę mieć cały czas telefonu przy sobie. To jakiś cud, że zobaczyłam wiadomość od męża. Jest licytacja. I musimy dać wyższą cenę w krótkim czasie. Mamy 18 minut. I tak licytowaliśmy się z nimi. Dawali nam po parę minut na przelicytowanie ich. Nie zdążysz, bo masz coś do zrobienia w pracy? Przegrasz, nawet jak masz więcej pieniędzy. 

Gra o wszystko

W pewnym momencie naszym przeciwnikom skończyły się fundusze. Zadzwonił do mnie makler z gratulacjami, choć do końca licytacji było jeszcze dziesięć minut. Nie mogłam uwierzyć. Kupiliśmy ten dom. Wygraliśmy licytację, choć gdyby tamci mieli więcej pieniędzy, moglibyśmy licytować dalej. Byliśmy więc bardzo zadowoleni, bo nie musieliśmy rzucać wszystkich funduszy jakie mamy.

Pokazałam Norwegom w pracy ten dom. I powiem Wam, że podobał się ludziom, składali mi gratulacje. To było jedyne w swoim rodzaju uczucie. Duma, związana z tym, że staliśmy się właścicielami nieruchomości, a nie wynajmującymi. To ogromny przeskok nie tylko mentalny, ale i ekonomiczny. Teraz spłacamy kredyt sobie, a nie komuś. 

Tej nocy nie mogliśmy spać. Samo kupowanie domu jest niezmiernie proste, a zarazem niezmiernie stresujące. Ten dom czekał na nas. Był wystawiony na sprzedaż od miesiąca i kupiliśmy go jak tylko dostaliśmy zielone światło od banku. Decyzji szybkiego zakupu nie żałujemy, gdyż dobrze wiedzieliśmy, czego chcemy. Ten dom spełnia wszystkie nasze kryteria, jakie można sobie w takim zakresie cenowym założyć. 

Przyjeżdżamy tam, by dowieźć rzeczy, pomalować coś, coś sprawdzić czy zwyczajnie na weekend, żeby dzieci się aklimatyzowały w nowym domu. Jeszcze się nie przeprowadziliśmy, a już czujemy, że jesteśmy we właściwym miejscu, że to będzie dobry dom dla nas. 

Nasza duża, drewniana, czerwona chata stoi na słabo zaludnionej niewielkiej wyspie z całkiem ciekawą historią, której nie znajdziecie nigdzie w internecie, tylko u mnie na blogu niebawem. :) Chata jest mega norweska, tradycyjna, choć nie całkiem rustykalna. Ja - wielbicielka starych drewnianych domów - zakochałam się od razu i w jej wnętrzu i w zewnętrzu. 




niedziela, 14 listopada 2021

Powrót do pracy


Dawno mnie tu nie było. Nie pisałam z dwóch powodów. 

Pierwszy to taki, że dopadła mnie proza życia. Doszłam do wniosku, że po co pisać o rzeczach mało ważnych i drobiazgach, bo kogo to obchodzi. Że u mnie przecież nic nowego.

A potem, w połowie kwietnia, nadarzyła się okazja, by znowu zacząć pracować. I ruszyłam do boju. Wtedy już nie miałam czasu pisać, choć życie nabrało i kolorów i rozpędu. 

Zanim urodziłam dziewczyny, pracowałam jako asystentka przedszkolna. Byłam pracownicą na zastępstwa w różnych przedszkolach. Teraz pracuję znowu w takim samym charakterze.

Tylko że jest jednak bardzo inaczej. Po pierwsze pracuję w innej firmie, która faktycznie ma pełno zleceń i jak się chce, można spokojnie pracować na 100% etatu. Mi wychodzi mniej, gdyż często mi coś wyskakuje. Albo dzieci chore albo ja. Wystarczy, że kaszlesz i już nie możesz iść do pracy ani brać zlecenia. Takie czasy ... Albo trzeba coś ważnego w urzędzie załatwić o godzinie 10.00 i wtedy muszę brać wolny dzień. 

Zaletą pracy na zlecenia jest kalendarz dostępności, który wypełniam sobie sama. I to ja decyduję, czy i kiedy mogę pracować, oraz w jakich godzinach. A jeśli firma zaproponuje mi zlecenie, które mi nie pasuje, to mogę je odrzucić. Tak też było w poprzedniej firmie, tylko zleceń było mało, a ja nie miałam ani śmiałości, ani potrzeby odmawiać czegokolwiek. Bo jak ma się mało zleceń, to się bierze wszystko, co dają.

Tym razem zleceń jest dużo i zawsze mogę powiedzieć, że jest mi za daleko, bo nie dam rady odebrać dzieci z przedszkola. A wtedy dostaję inne zlecenie. No i najważniejsze jest to, że jeżdżę samochodem, a nie komunikacją miejską. Mam zatem pewną przewagę w decydowaniu, dokąd dam rady dotrzeć a dokąd nie.

Dni stały się długie. Wychodzę przed siódmą rano i zawożę dzieci do przedszkola na powiedzmy 7.10. A potem jadę w teren. Najczęściej mam już zaplanowane zlecenie i jadę na ósmą i pracuję do godziny 16.00. Czasami zdarzają się zlecenia od godziny 8.30. Potem jadę po dzieci. Zanim wrócę do przedszkola, ubiorę je, wyprowadzę i pojedziemy do domu, jest już zazwyczaj 16.50 lub 17.00. I wtedy obiadokolacja jest już prawie gotowa. Mąż jedzie do pracy na siódmą i wraca o 15.00. Ja jestem długo poza domem każdego niemal dnia, choć nie robię nadgodzin. Marzę o tym, żeby mieć wszystko blisko i pracę zawsze w tym samym miejscu, tak jak on. Albo chociaż kilka różnych ale tych samych przedszkoli. Myślę, że to kiedyś nastąpi. Póki co mam daleko do przedszkola dziewczyn, daleko do pracy albo blisko ale muszę na parkingu czekać na moją godzinę. Najtrudniejsze jest wyjście z trzyletnimi dziećmi z domu, kiedy nie chcą dać się ubrać i protestują. Jest to trudne mimo że dziewczyny szykujemy we dwoje. Trudne jest też szukanie nowych miejsc pracy, kiedy goni czas, a Ty musisz dojechać gdzieś, gdzie nigdy wcześniej nie byłaś. Ale daję rady. Nie chcę mówić, że jest łatwo. Sama praca w przedszkolu jest przyjemna i nieskomplikowana. 

A potem pojawił się trzeci powód niepisania. Miałam zajęty i czas i zajęte myśli jedną rzeczą: kupić dom. I teraz już wiem, że będzie znowu o czym pisać :)

wtorek, 26 maja 2020

Jak wygląda dzień w przedszkolu podczas epidemii koronawirusa



Z początkiem maja pierwszy raz od dwóch miesięcy dziewczyny poszły do przedszkola. Miałam stres związany z organizacją, nie wiedziałam, gdzie mam je zostawić, gdzie odebrać, co z rzeczami, które zaginęły w przedszkolu dwa miesiące temu i tak dalej. Nie wspominając o zagrożeniu epidemiologicznym. Ale jestem bardzo zadowolona z decyzji. 

niedziela, 19 kwietnia 2020

W domu bezpieczniej



Hej, ciekawe co tam u Was słychać? 

Ja siedzę od tygodni tylko w domu z dziećmi. Nie wychodzę nigdzie, tylko na podwórko. Znam juz na pamięć wszystkie dialogi postaci ze świnki Peppy. Znam już z widzenia wszystkie żaglówki, łódki, kutry rybackie i inne, które pływają koło mojego salonu. I wydawałoby się, że skoro siedzę w domu, to nie mogę nikogo zarazić, bo to mąż pracuje i robi zakupy, czyli jakby co, to on przyniesie dziadostwo do domu. Ale życie lubi zaskakiwać.

poniedziałek, 9 marca 2020

Robot odkurzająco myjący do domu, a nie dla kobiet

Zdjęcie robota z internetu, to nie jest mój robot :-)


Na fejsie należę do tylko jednej grupy, która rzeczywiście jest aktywna, rozmawia się tam o wszystkim. Jest to norweska grupa mam bliźniaków. Jakiś czas temu ktoś tam wrzucił zdjęcie robota odkurzającego i myjącego, z prośbą o opinię. Natychmiast posypały się komentarze, że tani i świetny. Dużo ludzi ma dwa takie roboty, jeden w domu, drugi w hycie.

wtorek, 18 lutego 2020

Święto Narodowe Samów w Norwegii



Niedawno, a dokładnie szóstego lutego cała Norwegia obchodziła Święto Narodowe Samów. Samowie, to pierwotny lud zamieszkujący Skandynawię, żyją oni w Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji. Mają swój język, flagę, stroje ludowe, a nawet parlament. Tak, to ci ludzie, którzy znani są z  hodowli reniferów na dalekiej Północy ;-)

środa, 8 stycznia 2020

Praktyczny i tani pokój dla dwulatka




Normalnie nie robię takich rzeczy, nie pokazuję wszem i wobec zdjęć domu. Chciałabym jednak podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat urządzania pokoju małym dzieciom. Bo internet kusi pięknymi i drogimi eko dekoracjami i trendami, które nie zawsze się sprawdzą u małych dzieci, a potrafią nieźle nadszarpnąć budżet. Dzielę się więc tym, co u nas się sprawdziło - dla innych, którzy być może nie wiedzą, jak urządzić małemu dziecku pokój.

sobota, 28 grudnia 2019

Idzie sztorm i zagląda nam do okien 😁

Z okna salonu

Pewnego zimowego popołudnia zapadł zmrok. Była czwarta .... za oknem płynął kuter rybacki. Wcześniej nie widywałam takich osobliwości z mojego salonu. Dzieci patrzyły na niego, jakby w naszej zatoce ufo wylądowało na wodzie. I wtedy zobaczyłam prawdziwe ufo ;-).

Wiedzieliście, że niektórzy przystrajają swoje kutry lampkami choinkowymi na święta? Wtedy na prawdę wyglądają niesamowicie.

sobota, 30 listopada 2019

Nowy rok życia i nowy początek

Taki widok nigdy się nie nudzi (Fanafjorden, Hjellestad)

Pamiętacie jak panikowałam przed wyjazdem na urodziny moje i dziewczyn? Miało być trudno i męcząco, a mimo że wszystkie trzy byłyśmy trochę chore, było naprawdę fajnie! Fakt, że Wybrzeże Zachodnie Norwegii jesienią to nie Wyspy Bahama. Wiadomo, że dni chłodne i krótkie. Daliśmy sobie radę z  dziećmi, choć bardzo aktywnie penetrowały hytte (domek letniskowy całoroczny). Dziewczyny od początku czuły się w nim super, od pierwszej nocy spały same w swoim pokoju. Biegały po wielkim salonie i dobrze się bawiły.

W tym pięknym domu wydarzyło się coś wyjątkowego. Chodzi mi nie tylko o to, że wszystkie trzy świętowałyśmy w nim urodziny. Obudziło się wtedy w nas coś, co tkwiło od dawna uśpione.

Marzenie.

wtorek, 29 października 2019

Przygotowania do urodzin poza domem



Idzie jesień, pogoda coraz bardziej dziadowska. A to oznacza, że urodziny za pasem. Niby jeszcze dużo czasu do imprezy ale tym razem mam dużo więcej do przemyślenia. Nie wystarczy wymyślić dwie potrawy, kupić tort w cukierni i już. W tym roku będzie inaczej, niż poprzednio.